Etap 4. Niesamowicie piękną Tioga Pass docieramy do Yosemite

20% naszego roadtripa za nami. Dosyć szybko minął nam ten piąty dzień w podróży.

Jak to my, zdeterminowani polscy podróżnicy, bladym świtem ruszyliśmy z kurortu South Tahoe w kierunku Yosemite przez znany Tioga Pass. Od razu zatankowaliśmy auto w „kurortowej” cenie 4,59 $ za galon vs średnia kalifornijska 3,70$. Nie mieliśmy w sumie wyjścia. Kochane autko tego się domagało migoczący znakiem rezerwy. Na tak wysoko ( i oktanowo) wycenionym paliwie ruszyliśmy z kopyta sześciu cylindrów w kierunku Mono Lake. A dalej z Lee Vining dostać się na drogę 120 czyli słynną Tioga Road.

tioga pass
Spokojna amerykańska jazda

Prowadzenie auta w USA to bajka. Sorki, ale muszę to napisać. Czytelne oznakowanie, dobre asfalty, na ogół szerokie pobocza, oraz system bardzo wysokich kar za łamanie przepisów kodeksu drogowego, powodują że jedzie się komfortowo i bez spiny. Nie mącząc się za kierownicą. Jazda, plus te widoki to niemalże relaks. Przynajmniej jak dla mnie. Przez te 4 dni, i pokonane ok 1000 mil, widziałem 2 piratów/wariatów drogowych – słownie: dwóch.
Tyle dygresji. Wracamy do podróży J

Topaz Lake

Po drodze mijaliśmy urokliwe jezioro Topaz Lake, które okazało się być zbiornikiem retencyjnym. Dalej kolejne, nietypowe, i piękne jezioro Mono Lake.  W 100% naturalne tym razem, bowiem jest to jedno z najwspanialszych jezior na świecie – a przy tym najstarsze w USA. Liczy sobie ok 800 tys. lat!. Na tym jeziorze są dwie wulkaniczne wyspy. Do tego jest słone i bardzo alkaliczne. Usiane jest dziwnymi formacjami, chyba z wapienia. Chciałoby się spędzić tam więcej czasu, ale jak to u mnie nie w harmonogramie – nigdy go nie ma w nadmiarze 🙂

Pędzimy dalej. Nie Stop! Przecież we Mono Lake Visitor Center trzeba kupić kartę America the Beautiful, czyli roczny abonament na Parki Narodowe USA. Cena (czerwiec 2019) to 80$ brutto, ale się zwraca po zwiedzeniu zaledwie 4 parków. Zatem dla nas: must have.

Jak ktoś jest oszczędny i nie do końca przejmuje się regulaminem karty, to może potem kartę odsprzedać komuś np. za 50%, lub co bardziej etyczne i fair, po prostu podarować 🙂
Ja naszą zachowałem na planowaną podróż po kolejnych parkach w 2020

Ważne tylko, żeby nie podpisywać drugiego pola z nazwiskiem, jako że karta jest imienna, i ważna z dokumentem tożsamości, ale może być ważna na 2 różne nazwiska. No, i karta jest biletem wstępu na samochód, niezależnie ile jest osób w aucie.

Tak wyposażeni, ruszamy w kierunku Tioga Pass musimy być koniecznie przed 10.

Dlaczego? Tioga Pass po zimie  jest nadal formalnie zamknięte dla ruchu samochodów. Pokrywa śnieżna w tym roku była prawie 2x większa niż normalnie, i odśnieżanie kilkumetrowych zasp na drodze, jej naprawianie itd. zajęło więcej czasu. Jednak od ubiegłego tygodnia warunkowo otworzyli ją dla ruchu samochodów w dwóch godzinowych slotach: 10-11 am i 3-4 pm.  Warto tutaj planując podróż sprawdzać status Tioga Pass i Glacier Road.

Dodatkowym warunkiem przejazdu jest… niestety zakaz jakiegokolwiek postoju na całej długości Tioga Pass. Oczywiście, jak to Amerykanie, monitorują to bardzo dobrze i nakładają duże kary na cwaniaków. 

Koniec czerwca a tu nadal śnieżne zaspy. Co musiało być zimą?

Do wjazdu na Tioga Pass dojechaliśmy sporo przed czasem tj 40 minut i było sporo oczekujących aut. Nic, to. Poczekamy! Obok drogi zalegało mnóstwo śniegu i gdybym się uparł to bym bałwana miał z czego ulepić. Poprzestałem na obrzucaniu się z młodym śnieżkami 🙂

. Wreszcie ruszyliśmy i ujrzeliśmy cudne widoki wokół nas. Jechaliśmy praktycznie cały czas na wysokości ponad 2500 m n.p.m. Niestety, zakaz zatrzymywania spowodował, że zdjęcia pstrykałem z samochodu, przez szybę. Zatem jakość gorsza. Warto dodać, że dzisiaj bardzo doceniłem adaptacyjny tempomat, mogłem spokojnie robić zdjęcia i rozglądać się oszołomiony przepięknymi widokami bez obaw że wjadę komuś w kufer 😉

W końcu przejechaliśmy tą cudną drogę, pełni żalu że nie można było się zatrzymywać. Przy tej trasie jest też kilka fajnych, krótkich szlaków, no ale siła wyższa. Nie tym razem.

Do samej Yosemitte Valey nie wjeżdżamy. To jutro.
Dzisiaj udaliśmy się do hotelu w Mariposa, rozładować bagaże i odpocząć, ale…. nie chcieliśmy „marnować” czasu, popatrzyliśmy na mapę i obraliśmy cel: Mariposa Grove – gigantyczne sekwoje. .Jedyne 100 mil w obie strony, w górzystym, jak się okazało terenie. Dlaczego akut tam pojechaliśmy? Po to, żeby za 2 dni porównać jez tymi w Sequoia National Park. 

Warto było. Te drzewa jak i całe uroczysko Mariposa Grove robią wrażenie. Jedna rzecz mnie tam bardzo (pozytywnie) zdziwiła. Pośród setek turystów, obok wytyczonych ścieżek, spacerowały, wręcz pasły się…. sarny. I wcale nie był płochliwe. To jest Ameryka, 😉 i nawet dziką naturę skomercjalizowali pod swoje potrzeby. Nawet „pozowały” mi do zdjęć 😉

Czas było wracać do Mariposa. Dzisiaj ponad 310 mil za kołkiem, na naprawdę krętych drogach, z tysiącami metrów przewyższeń. Przyznaję, ze trochę mnie to zmęczyło. Trzeba odpocząć. Jeszcze na rezerwie musieliśmy szybko zatankować a jak na złość nic nie było. W końca znaleźliśmy stację. Ceny, jak to w okolicach parków, nawet 30% wyższe niż regularnie.

Klimatyczna stacja przed Mariposa

Jutro samo Yosemite, będzie okazja pochodzić, a nie tylko siedzieć dużo za kółkiem. Planowana trasa to max 120 mil.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.