Etap 20. Zwiedzanie Los Angeles. Koniec roadtrip.

Wczoraj nic nie pisałem, bo za bardzo nie było o czym. Mało inspirujący podróżniczo jest przecież fakt, że w drodze do Los Angeles zatrzymaliśmy się po prostu na shopping w Desert Premium Outlet. No ale w końcu Mateusz chciał mieć jakieś materialne korzyści z roadtrip po USA, poza magnesami. I patrząc później na wyciąg z mojej karty kredytowej – mocne dowody :). Po kilku godzinach zakupów, nazbierawszy tyle, że prawie osiągnęliśmy limit  bagażu – i tak dodatkowo wykupionego w KLM – ruszyliśmy do Los Angeles.
Nawet sprawnie i bez korków udało się dotrzeć do hotelu, zostawić „graty” i dalej ruszyć w miasto. Nadmienię, że w Los Angeles, jak i SF, nie warto kusić amatorów cudzej własności zostawiając bagaże w samochodzie.

Plan na ten wczorajszy dzień mieliśmy mało ambitny jak na Los Angeles – plaża w Santa Monica, przejazd w tzw. platynowym trójkącie, gdzie są najdroższe nieruchomości na świecie, czyli  Beverly Hiils,,Bel Air i  Holmby Hills. Wiedzie przez nie głównie znana ulica Sunset Boulvard, aż do Hollywood Blvd.
Potem chcieliśmy pochodzić po Alei Gwiazd, Chińskim Teatrze i Oskarowym Dolby Theater. Dalej mieliśmy jechać do Gryffith Observatory podziwiać o zachodzie słońca panoramę Los Angeles , i wszystkim znany napis Hollywood.

Niestety – masakryczne, i znane mi z przeszłości, korki w Los Angeles wymusiły zmianę planów.

W sobotnie, nawet wakacyjne, popołudnie nie da się sensownie i sprawnie jeździć po Los Angeles. Wszystko stoi. Zrezygnowaliśmy zatem z Santa Monica. Pojedziemy tam w niedzielę rano. Sunset Blvd był jako tako przejezdny, aż wpadliśmy w sam środek wielkiego korka na Hollywood Blvd. Po kilkunastominutowym wleczeniu się w korku jakoś zaparkowaliśmy na bardzo pojemnym parkingu w podziemiach oskarowego Dolby Theater(vel Kodak Theater).

Wyszliśmy na poziom ulicy akurat w momencie przejścia wszystkich aktorów premierowego, jak się post factum okazało, bez oszałamiającego box office, filmu zatytułowanego: Fast and Fourios: Hobbs and Shaw. Klimat, jak dla mnie, nieziemski, przepychające się tłumy fanek, wrzeszczących w niebogłosy imiona kolejnych aktorów, zablokowana  ulica, kordony policji i ochroniarzy bardzo sprawnie, trzeba to podkreślić, panujących nad tym rozentuzjazmowanym (co za trudne słowo), skupiskiem ludzi. Po raz pierwszy miałem okazję w czymś takim uczestniczyć. Te wszystkie znane, i mniej znane, osobistości niemalże ma wyciagnięcie mojej ręki. No ale, to Hollywood, a nie rodzima Praga Południe 🙂

No nic, poszliśmy dalej słynną ulicą Hall of Fame. Co mieliśmy zobaczyć, zobaczyliśmy.  Autografów nie zbieramy. A na alei gwiazd, liczba dziwnych ludzi, narkomanów, obłąkanych i innych, czasem naprawdę agresywnych osobników nie zmieniła się od lat Tak samo – pod tym względem – było w 2001 r.. kiedy byłem tu po raz pierwszy. Hollywood Blvd ma swój klimat. To bez dwóch zdań. Jednak nie każdemu się on spodoba.

Ruszyliśmy potem na fotografowanie zachodu słońca z Gryffith Observatory. Według zebranych w internecie informacji, zachody słońca z tego miejsca potrafią być epickie. ale korek był taki, że dojechalibyśmy bardziej na wschód słońca. Co robić ? Zawróciliśmy do hotelu. Korki nas znowu pokonały. W sumie, w sobotę staliśmy w korkach około 3 godzin.
Nie wyobrażam sobie żebym mógł mieszkać w tym mieście. Never!  Nie dość, że Los Angeles jest wg mnie brzydkie, to jeszcze makabrycznie zakorkowane. Do tego drogie, ale to wiadomo.  I średnio bezpieczne tak naprawdę.

Wyczerpany i  wkurzony tymi korkami postanowiłem ruszyć w niedzielę rano i zobaczyć to, co chcę. Udało się. Wyjechaliśmy przed 8 prosto do Santa Monica, stamtąd kilka kilometrów przespacerowaliśmy się do Vencie Beach. Było jeszcze w miarę pusto. W sensie nie było turystów, bo jeżeli chodzi o miejscowy folklor to mieliśmy okazję z bliska zobaczyć jak koczują i budzą się do kolejnego dnia swojej nieszczęśliwej egzystencji.  To naprawdę robi niesamowite wrażenie patrzeć na setki ludzi żyjących w ubóstwie, nałogu, brudzie, a jednocześnie mających niesamowitą energię, żeby różnymi swoimi „występami” zarabiać na życie. W jakiś pokrętny sposób ma to dla nich sens. Do tego są mało agresywni wobec przechodniów i setek rowerzystów.  

Wróciliśmy do auta na parkingu obok Piere w Santa Monica i ruszyliśmy do wielkiego, robiącego wrażenie Getty Museum. Tam poobcowaliśmy trochę z kulturą i sztuką nowoczesną. Nie mogliśmy niestety odwiedzić wszystkich wystaw. Czas. Pojechaliśmy dalej, do pominiętych punktów z soboty tj. Gryffith Observatory. Z tego miejsca widać fajnie Los Angles, jednak dzisiaj był spory smog i widoczność  była maks 10 km. Słabo też było widać kultowy napis Hollywood. Te, bodajże, 14 metrowe litery z tej odległości miały wielkość czcionek informujących o szczegółowych wkluczeniach  w polisach ubezpieczeniowych 🙂

Na to mieliśmy plan B. Lawirując małymi i k®tymi ulicami, pojechaliśmy pod adres 3000 Canyon Lake Drive. Można tam w miarę legalnie zaparkować i już z bliższej bliższej odległości podziwiać napis. Hollywood. Jak ktoś chce podejść, to stamtąd wiedzie też, dosyć skomplikowana, i lekko ukryta piesza trasa pod sam znak. Prawie, bo jest odgrodzony przed intruzami. Ogólnie jest kilka ciekawych spotów do oglądania napisu tutaj opisanych lepiej.

Na koniec zwiedzania Los Angeles przejechaliśmy do Mirracle Mille, pokręciliśmy się jeszcze znowu w Santa Monica, i  oczywiście w korkach wróciliśmy do hotelu. Odechciewało mi się dalej cokolwiek zwiedzać.  Tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że nie lubię Los Angeles. Sad but true.

Czas się zacząć pakować. Jutro wracamy do domu. Z lotniska napiszę podsumowanie naszej 23 dniowej wyprawy życia.

Do widzenia Los Angeles
Pora się pożegnać z amerykańską ziemią i wsiadać do samolotu

6 Replies to “Etap 20. Zwiedzanie Los Angeles. Koniec roadtrip.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.