Etap 2. Do San Francisco słynnym wybrzeżem Big Sure

Trzeci dzień naszej podróży z celem dojechania do San Francisco, to był istny roller coaster, tak pogody jak i emocji.Mieliśmy bardzo ambitny i napięty plan.

Zatem z Moro Bay wyruszyliśmy bladym i bardzo zamglonym świtem. Pierwszy stop,  to plaża pełna olbrzymich, dostojnych i jak się okazało zabawnych, słoni morskich w San Simeone 

Mirunga północna, słoń morski północny – gatunek drapieżnego ssaka morskiego z rodziny fokowatych. Występuje wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej, od południowo-wschodniej Alaski po Baja California.

Dotarliśmy tam ok 6:30 am będąc zupełnie sami. Super uczucie być samemu w takiej atrakcji turystycznej. Senne wydawało się mirungi na nasz widok wyraźnie się ożywiły, dając pokaz swoich umiejętności wokalnych jak i zapaśniczych. Naprawdę, przecudowne stworzenia. Dosyć duże i cieżkie, ale bardzo zwinne.


Z boku posępnie obserwowało nas jakieś duże ptaszysko. Ornitolog ze mnie żaden, więc dołączam zdjęcie, może ktoś rozpozna.

San Francisco

Who am I ?
Proszę o podpowiedzi w komentarzach.


Dalej jadąc w kierunku San Francisco sławną Pacyfic Highway zatrzymywaliśmy się  obowiązkowo na stopach wzdłuż znanego Big Sure, czyli Ragged Point, McWay  Falls, „serialowe” Brixby Bridge .


Niestety, zamglenie było dosyć duże i zdjęcia tych pięknych miejsc nie były jakieś super. Zresztą, to widać w dołączonej galerii. Jednak na żywo i tak robiło wrażenie.

Pokonując  kolejne mile, w chwilami bardzo gęstej mgle, tą naprawdę krętą i wijącą się ostro w górę, to w dół, drogą miałem co chwila obawy czy jak spadniemy ze zbocza to nas ktoś znajdzie :). Warto dodać, że w USA tubylcy włączanie świateł mijania w taką pogodę mają w głębokim poważaniu. Prawie tak wielkim, jak Trump ma nas 🙂

Przed Brixby Bridge, zaliczyliśmy urokliwą plażę Pleiffer Beach. Łatwo ominąć to miejsce, do którego dociera się odchodząca od Pacific 1 drogą którą łatwo przeoczyć. Wiedzie tam bardzo, bardzo, stromy zjazd a potem wąska droga, Plażę polecam, mimo że wjazd kosztuje całe 10$. Setki małych krabów szybko uciekających jak łaziliśmy po kamieniach robiło wrażenie. Na tyle mnie te kraby zdekoncentrowały że zaliczyłem nie planowaną kąpiel ześlizgnąwszy się z porośniętych wodorostami kamulców

Po Big Sure, na krótko wpadliśmy do miasteczek Carmi-by-the Sea a potem do Monterey. W obu miejscach piękne plaże, a dodatkowo na Old Fisherman Wharf super knajpki z tutejszym sea-foodem we wszystkich odmianach.
Robiło wrażenie. No jak ktoś ma czas, to można sobie popłynąć na podziwianie wielorybów.
Przy molo, dostrzegliśmy niespotykaną u nas tabliczkę informującą o strefie objętej tsunami. I tak mimo braku tsunami i tak zmyliśmy się do Santa Cruz, robiąc tam objazdówkę promenady.

Potem, zakończyliśmy jazdę Pacyfic Highway i udaliśmy się do Silicon Valley. Tam… diametralna zmiana pogody. Piękne słońce, ok 30 stopni, zero wiatru. Fajny mikroklimat. Odwiedziliśmy jedynie Apple. Dokładniej to visitor center obok ich pilnie strzeżonej siedziby. Cóż mogę napisać ? Silicon Valley, it’s really nice, very nice place to live and work 🙂

Dalej pomknęliśmy autostradą 101 do celu naszej dzisiejszej podróży, czyli San Francisco.

Auto odstawiliśmy na hotelowy parking i z tzw buta ruszyliśmy w miasto. Taka forma zwiedzania miast jest dla mnie lepsza. Można poczuć klimat i wpaść na miejsca nie oznaczone w przewodniku. San Fransisco, pierwsze wrażenie: bardzo europejski styl zabudowy. Chwilami czułem się jak w Londynie. Poza tym, bardzo strome ulice. Forma się przydaje w takich chwilach. Zrobiliśmy sobie prawie 14 km spacerek, odwiedzając obowiązkowo dzielnice hippisów Haight-Ashbury i oazę LGBT, czyli znaną dzielnicę Castro.

Żeby nie utrwalać stereotypów, to chcę podkreślić, że na ulicach jest naprawdę spokojnie i czuliśmy się absolutnie bezpiecznie. Nikt tutaj nie obnosi się swoją seksualnością. Myślę, że nawet „nasz” duce tj. Jarosław, gdyby był zrzucony jak stonka, tym razem na amerykańską ziemię, mógłby nie dostrzec różnic 😉

Dalej udaliśmy się w stronę znanego Union Square i potem słynnym cable-car, aż do Little Italy i z powrotem przez Russian Hills i stromą ulicę Lombard na chwilę do hotelu.

Zabraliśmy polary, bo jakoś chłodny wiatr się zrobił, i ruszyliśmy w stronę Golden Gate licząc na fajne ujęcia przy zachodzie słońca. Po drodze jeszcze późna kolacja w małej pizzerii.
Na zachód słońca zdążyliśmy i było całkiem, całkiem. Olbrzymie pylony i długa jezdnia fajnie odcinały się na tle zachodzącego słońca.

I tak, po zrobieniu dziesiątek zdjęć oddalonemu od naszego foto spota około 2 mil Golden Gate, wróciliśmy do hotelu. Swoją drogą polecam ten hotel Chelsa Inn. W dobrej cenie z bezpiecznym podziemnym parkingiem. A to w San Francisco jest niezmiernie ważne!

Jutro dogrywka zwiedzania San Francisco

3 Replies to “Etap 2. Do San Francisco słynnym wybrzeżem Big Sure”

  1. Portal Edukacyjny

    Szata graficzna a raczej ostylowanie CSS Twojego bloga całkiem wporzadku, merytoryczne wpisy i lekkie pióro z pewnością dostarczą jeszcze wiele dodanej wartości wielu internautom, podoba mi sie 🙂 zapraszam do siebie…

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.