Etap 1. Ruszamy z Los Angeles drogą Pacific Highway do SF

Wczoraj, czyli 22 czerwca 2019 po długim, ale jakoś mało męczącym locie – to pewnie ta ekscytacja wyprawą tak na mnie zadziałała – szczęśliwie wylądowaliśmy w Los Angeles, i – ku mojemu zdumieniu – od wyjścia z samolotu w 40 min znaleźliśmy się w wypożyczalni. Jak na moje 10 (chyba) lądowanie w tym mieście, to rekordowo krótki czas jeśli chodzi o czynności graniczne i celne w Los Angeles. Myślę, że spora w tym zasługa kiosków automatycznej kontroli paszportów (APC)

Welcome Matti to the USA

W wypożyczalni Alamo, nie było SUV’a na którego liczyłem, czyli Hyundai Santa Fe, ale bardzo miła kobieta w wypożyczalni zaproponowała nam, jako Europejczykom, samochód prosto z Niemiec tj. das Auto. Wielki jak Tuareg, nawet niedużo większy Volkswagen Atlas 3,4l V6 z napędem 4×4, moc jedyne 280 KM. W cenie mniejszego Hyndayi. Cóż, myślę sobie, w Ameryce wszystko duże – to why not ? Mimo, że to monstrum pali sporo tj. 23 mpg w trasie a 19 w city, ale moc się przyda na strome górzyste trasy. Mamy w planach setki, jeśli nie tysiące mil po takich trasach.

Los Angeles
Nasze solidne i komfortowe auto na najbliższe tygodnie

Po pierwszych miejskich milach samochód pokazał tak moc jak i okazał się bardzo, ale to bardzo komfortowy i mimo rozmiarów zwinny w parkowaniu. Ciężko nie przekroczyć limitu prędkości przy tylu kucach. Warto wiedzieć, że w Los Angeles, zresztą jak i w całej Kalifornii, miejscowi jadą wg zasady: ograniczenie + 15 mph. Zatem ja, jako zawsze przepisowo jeżdżący kierowca ;), na wszelki wypadek ustawiłem na tempomacie +10 mph i GO!

Ta zasada działa. Dwa razy namierzali mnie laserową suszarką panowie policjanci i … no problem. Jednak muszę dodać, że ogólnie patroli i suszarek jest sporo. Naprawdę nie warto tutaj szarżować! Przynajmniej w aglomeracji Los Angeles. Poza tym jeździ tu bardzo dużo rowerzystów, tak pojedynczo jak i w peletonach. Trzeba uważać.

Dzisiaj czeka nas trasa z Los Angeles do Morro Bay⛰️ piękną, ale niestety dosyć zamgloną Pacific Coast Highway. Typowy June Gloom jak powiedzieli napotkani na parkingu tubylcy.

Po drodze zrobiliśmy postój na malowniczej i kameralnej plaży El Matador Beach w Malibu. Mimo że to weekend, była pusta i bardzo urokliwa. Polecam. Potem Ventura z takim mniejszym sopockim molo. No i dalej urokliwa Santa Barbara oraz molo w Pismo Beach – pardon Pier nie molo 🙂

W końcu trafiliśmy do Morro Bay gdzie mamy nocleg w typowym amerykańskim motelu z autem zaparkowanym prawie w pokoju.
Pokój przestronny, czysty. Na jeden nocleg idealny. Mieścina typowo nadmorska, i poza leniuchującymi turystami sporo surferów. Młody oczywiście napalił się na kurs serfowania, ale nasz napięty harmonogram to wykluczył. Jak mawiają – next time. Ogólnie na promenadzie przy oceanie mnóstwo barów oraz knajp z sea food, w tym z „typową amerykańską” – fish&chips z halibuta, lub łososia (inny smak niż te hodowlane z Norwegii).

Niemalże brytyjskie smaki fish&chips ale… brak angielskiego Ale”a. Alaskan Beer musi wystarczyć i muzyka live country w tle.

W kilku klimatycznych i wypchanych ludźmi knajpach muzyka na żywo od rocka do wspomnianego country.
Barów nie zwiedzałem bo… jednak z dzieckiem podróżuję, no i prowadzę. A znam swój chwiejny charakter przy barze 😉

Aha, siedząc w knajpkach, czy spacerując wybrzeżem ma się obok posępną, nieczynną i opuszczoną od 5 lat elektrownię atomową. Robi wrażenie, szczególnie mając w pamięci złe obrazy z serialu Czarnobyl.

Na szczęście kontrolowanie zamknięta elektrownia

Oryginalny plan zakładał fajny zachód słońca. Jednak natura miała inne plany tj june gloom. Pomimo braku słońca wybrzeże Pacyfiku i tak robi wrażenie. Co dziwne, w ogóle nie złapał mnie jet lag . Podczas poprzednich podróży do Los Angeles , pamiętam że druga doba była koszmarem. Myślę, że to kwestia odpowiedniego wyboru godzin lądowania. Dobrze jest wylądować po południu, lub rano i zmusić się do tego żeby pójść spać wg czasu lokalnego zachowując wcześniej normalną aktywność. Wcześniej z tego co pamiętam to na ogół lądowałem wieczorem a potem były imprezki powitalne ze znajomymi :). Tym razem inna pora lądowania, brak imprezki i cała noc snu. To jest panaceum. Polecam spróbować, jak ktoś nie lubi jet laga.

Jutro w planach region Big Sure i Monterey. Pewnie z taką samą, lekko mglistą kapryśną pogodą.Nie zraża mnie to jednak kompletnie !
I tak będzie 1000x lepiej niż w pracy w poniedziałek 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.